Nasze świadectwa

Gdyby nie Domowy Kościół, dziś nas już by nie było...

 

Byliśmy małżeństwem z niewielkim, bo zaledwie kilkuletnim, stażem. I choć wydawać by się mogło, że tak młodzi małżonkowie w zasadzie nie mają sobie nic do zarzucenia, nasza rzeczywistość była zupełnie inna.

 

Od kiedy się poznaliśmy, staraliśmy się żyć blisko Kościoła. Jednak nie tak blisko, jakby tego chciał Pan Jezus, ale tak, żeby ludzie nie mieli nam nigdy nic do zarzucenia. Zatem co niedziela uczestniczyliśmy w Mszy Świętej, co niedziela przystępowaliśmy do Stołu Pańskiego, przyjmowaliśmy kolędę, a nawet podtrzymywaliśmy dobre stosunki z kapłanami. Tak - wówczas liczyła się tylko powierzchowność: żeby na zewnątrz wszystko wyglądało tak, jak należy - a to, co było w środku, miało pozostać niezauważone przez nikogo.

 

Do Domowego Kościoła wstąpiliśmy trzy lata po ślubie. I żeby wywrzeć jak najlepsze wrażenie na wspólnocie, zawsze pięknie się uśmiechaliśmy, mówiliśmy tylko to, co powinno się mówić (przynajmniej tak wówczas nam się wydawało). A własny bałagan skrzętnie zamiataliśmy pod dywan. Jednakże nie można żyć aż tak długo w kłamstwie. A ponieważ nie rozwiązywaliśmy naszych problemów, z czasem zaczęły one być widoczne.

 

Mimo iż chcieliśmy wziąć ślub w pełni świadomie, od początku budowaliśmy nasz związek na złych wartościach. Oboje mieliśmy mocne i temperamentne charaktery. Zaczęło się niewinnie: ot, niewielkie kłótnie, szantaże emocjonalne i nieustanna walka o to, które z nas ma rację. Z czasem w nasze małżeństwo wdarła się przemoc już nie tylko psychiczna, ale fizyczna, przekleństwa - a nawet próby samobójcze i samookaleczenia czy alkohol.

 

Tak po ludzku - nie było już nic, co można jeszcze poskładać. Kiedy w którymś momencie nasz krąg zorientował się, że nasze życie nie jest takie, jak my to przedstawiamy, topiliśmy się już po uszy we własnym bagnie. Ucieczki z domu, nieustanne kłótnie z najbardziej obraźliwymi słowami, szarpanie się, bicie, topienie łez w butelce wódki, nacinanie swojego ciała tylko po to, żeby zranić drugą osobę, w końcu odkręcenie butli z gazem...

 

Patrząc z perspektywy czasu, dopiero po przeżyciu tego uświadomiliśmy sobie, jak bardzo Pan Jezus nas kocha i jak wiele pracy mieli nasi Aniołowie Stróżowie, żebyśmy się po prostu nie zabili. A pamiętajcie, że podczas gdy to wszystko się działo, byliśmy już we wspólnocie. 

 

Nasz krąg pomagał nam, jak tylko mógł: modlitwą, postem, wyrzeczeniami, rozmowami, spotkaniami... Choć sami wątpili w to, czy uda się ocalić nasze małżeństwo od zatracenia, przyszedł w naszym życiu nieco lepszy moment i jakoś tak dla świętego spokoju, pod naciskiem wspólnoty, zgodziliśmy się na wyjazd na rekolekcje. Oczywiście, sam wyjazd nie był łatwy, bo po pierwsze nie mieliśmy pieniędzy (a z naszym pseudo- honorem nie chcieliśmy przyjąć żadnej pomocy), a po drugie - tuż przed wyjazdem zaczęły się zaostrzać nasze kłótnie.

 

W końcu jedno z nas napisało pozew rozwodowy, drugie podpisało dokumenty, i zaadresowana koperta leżała w poniedziałek gotowa do wysyłki do Sądu. Nie wiemy, dlaczego list ten nigdy nie został wysłany. Nie dlatego, że nie pamiętamy, ale nie potrafimy tego zrozumieć. Zawsze wszystko załatwialiśmy "od ręki". Wystarczyło wziąć kopertę ze stołu i zanieść na pocztę. Żadne z nas tego nie zrobiło, ale nie wynikało to z tego, że my nie chcieliśmy tego rozwodu. Chcieliśmy, i to bardzo. Tylko nasz umysł został tak zaćmiony, że po prostu żadne z nas nie pomyślało o tym, że ten list trzeba jeszcze wysłać.

 

W końcu nadszedł czwartek, a więc dzień wyjazdu na rekolekcje. Pan Jezus tak nas skruszył, że postanowiliśmy pojechać (ostateczna decyzja padła dopiero w dzień wyjazdu). Jechaliśmy na drugi koniec Polski, droga była trudna: zmiany pogody, nasze kłótnie, a nawet zbładzenie i nadrobienie spornej ilości kilometrów. W końcu dotarliśmy na miejsce. Oczywiście, nie chcieliśmy się rozpakowywać, bo przecież "dla spokoju posiedzimy dwa - trzy dni" i wyjedziemy.

 

Same rekolekcje były również niesamowicie trudnym i wymagającym okresem. Są to tak głębokie i intymne uczucia, że nie sposób wyrazić ich słowem pisanym. Pan oczyszczał nasze życie delikatnie. "W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie - nie przez wicher ogromny i nie przez ogień..."

 

Na rekolekcjach było 14 małżeństw, wszystkie z rodzinami. My byliśmy jedyni bez dzieci, Było to o tyle bolesne, że mimo naszego bagna, chcieliśmy począć nowe życie. Dla kobiety jest to rozdzierający ból, kiedy patrzy na roześmiane dziecięce buzie, sama mając niemal martwe łono. Każdego dnia rekolekcji przychodził najpierw ból, potem bunt i w końcu oczyszczenie przez łzy. Każdego dnia rekolekcji zaczęliśmy się do siebie na nowo zbliżać. Ale zbliżanie to nie miało już charakteru fascynacji czy zauroczenia, a wpierw odkrywania, a potem pogłębiania wzajemnej Miłości. Każdego dnia z wielką uwagą wsłuchiwaliśmy się w konferencje, poznaliśmy dobro bycia we wspólnocie. 

 

Oczywiście - nie wyjechaliśmy tak, jak wcześniej planowaliśmy. Choć częściowo zostaliśmy zmuszeni do pozostania, bo na czas rekolekcji nasze auto odmówiło posłuszeństwa. Silnik odpalił dopiero ostatniego dnia. Rekolekcje przeżyliśmy najmocniej i najpełniej, jak tylko mogliśmy. Po 15 dniach wróciliśmy do domu. Ale wróciliśmy odmienieni. Po pierwsze, wróciliśmy z Panem Jezusem, a po drugie - z prawidłową hierarchią wartości i świadomością, czym jest sakrament małżeństwa.

 

Podstawowym błędem w naszym małżeństwie, niestety, było to, że ważniejsze było zdanie innych na nasz temat niż zdanie współmałżonka. Że zostawialiśmy siebie nawzajem w potrzebie, jadąc do rodziców i pozwalając im na sterowanie naszym życiem. Że nasza hierarchia wartości zaczynała się od rodziców poprzez znajomych, potem mąż / żona i Bóg prawdziwy na końcu. Dopiero kiedy odpowiednio ustawiliśmy kolejność, wszystko zaczęło nabierać sensu.

 

Nasze życie zostało ocalone. Dzięki zaproszeniu Pana Jezusa, zaczęliśmy stawać na nogi. Nie  zostaliśmy od razu uleczeni, bo choć od tamtych zdarzeń minęło już sporo czasu, wciąż borykamy się z problemami, walczymy ze swoimi słabościami - ale Miłość, którą ofiarował nam Pan, zupełnie nas odmieniła.

 

Tam, gdzie nie było już nic do ratowania; tam, gdzie chcieliśmy zakończyć nie tylko nasze małżeństwo, ale wręcz nasze życie, Pan wszystko ocalił. A wystarczyło, że powiedzieliśmy ""Dobra, to już możemy pojechać na te rekolekcje, a potem niech się dzieje, co chce". 

 

Dzięki wspólnocie, dzięki rekolekcjom nasza miłość każdego dnia staje się piękniejsza i głębsza. A gdybyśmy mieli powiedzieć, czym dla nas jest Domowy Kościół - to powiedzielibyśmy, że naszym ocaleniem!

 

 

Skontaktuj się z nami

 

Parafia Ducha Świętego
i Św. Katarzyny Aleksandryjskiej

 

ul. Zielona 11D

81-113 Gdynia

 

mail: dkgdyniaobluze@gmail.com

Domowy Kościół

 

zwraca szczególną uwagę na duchowość małżeńską, czyli dążenie do świętości

w  jedności ze współmałżonkiem.

Lorem ipsum dolor

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. In facilisis lorem commodo, tincidunt tortor luctus, porttitor neque. Fusce nisl massa, lobortis at diam vel

Skontaktuj się z nami

mail: kontakt@kontakt.pl

tel. 601 234 567 

Ul. Uliczna 25

Warszawa 02-200